Piec
pieczemy w nim dorsza i sernik
Szef kuchni opowiada, jak zaczyna dzień, co robi z rybą, której nie ma w karcie, i dlaczego nie lubi pośpiechu.
Przemysław Kowalik wstaje o piątej, żeby zdążyć do portu, zanim kutry rozładują skrzynie. Znajomi rybacy odkładają mu najlepsze sztuki dorsza i flądry, a on w zamian przywozi im świeży chleb od piekarza. Wraca z targu przed siódmą i od razu zaczyna czyszczenie ryb. Zimą wstaje o szóstej, bo kutry wypływają później, a morze bywa kapryśne.
Zupę rybną gotuje na głowach i ościach, w dużym garnku, na wolnym ogniu. Dodaje tylko marchewkę, pietruszkę, seler i odrobinę pieprzu. Nie używa śmietany ani gotowych wywarów, bo — jak mówi — ryba ma własny smak, który wystarczy wydobyć. Zupa gotuje się trzy godziny i dopiero wtedy jest gotowa.
Po południu zajmuje się plincami: ciasto z ziemniaków trze na tarce, odsącza i smaży cienkie placki na złoto. Zawija je w ćwiartki i podaje z gęsiną duszoną w cebuli. To przepis jego babci z Kaszub i nikt poza rodziną go nie zna.
Po obiedzie szef robi krótką przerwę. Siada na schodkach przy kuchennym wyjściu, pije kubek herbaty i patrzy na podwórko, na którym rosną jego zioła. Mówi, że te pięć minut daje mu więcej siły niż cały poranek, bo wtedy w głowie układa się karta na wieczór.

Kuchnia jest długa i wąska, z oknem wychodzącym na podwórko. Na ścianie wiszą garnki, a przy piecu leży sterta drewna, którego używamy do wędzenia węgorza. Przy blacie stoją dwie osoby: kucharz i pomocnik, a obok nich szef, który próbuje każdego dania.
W piątek kuchnia pracuje najgłośniej. Zamówienia spływają jedno po drugim, zupa musi być gorąca, a dorsz wyjęty z pieca w odpowiednim momencie. Szef nie podnosi głosu i uważa, że w kuchni cisza jest ważniejsza niż krzyk.

pieczemy w nim dorsza i sernik
węgorz wędzony na olchowym drewnie
Sala kasyna wymaga, żeby gość miał ukończone osiemnaście lat. Proszę potwierdzić, że ten warunek jest spełniony, i przejść dalej.
Gramy wyłącznie na miejscu i na żetonach bez wartości — ta strona nie prowadzi żadnej gry.